Wpisy
Tak, ten tydzień ma w sobie coś zj*banego. Nawet całkiem sporo.
Zaczęło się istnym cyrkiem etycznym. Egzamin z tego to miała być formalność, tylko właśnie przestała być. W poniedziałek pisaliśmy kolokwium-test zaliczeniowy. Wszystko spoko, tylko po wyjściu okazało się, że jakiś gejzer intelektu (określenie nie jest moje, ale zajebiście mi się podoba, więc pozwalam sobie pożyczyć; mam nadzieję, że autor się nie obrazi) zostawił giełdę na sali. No i znalazła ją pani sprzątaczka z auli. No i przekazała pani R. od etyki. No i się zaczęło. Wysłała nam 2 maile o ciekawej dosyć treści (m.in. jest zaszokowana naszym brakiem uczciwości, zdobyła dowody przestępstwa studentów, dla grup następnych ułoży całkiem nowe pytania, takie najbardziej zjadliwe, choćby miała całą noc nie spać i produkować jad, sytuacja jest "jak po wygnaniu Adama i Ewy, świat utracił swoją niewinność i bezpieczeństwo"), na szczęście trochę już ochłonęła i wyniki naszego testu uznaje, nad czym też się zastanawiała. Ale na ustny to mam trochę cykora iść. Pożyjemy, popaczamy.
W środę popisał się zakład biologii molekularnej. Abstrahując od przydatności przedmiotu (z cyklu 10 zajęć wyniosłam tyle, że aby się chronić przed Alzheiemerem trzeba rozwiązywać krzyżówki i grać w szachy) zaliczenie miało być w następny poniedziałek, 28.05 (ustaliliśmy to z zakładem około lutego). W środę 16.05 pani kierownik oznajmia nam, że zaliczenia wtedy być nie może, bo "nie mamy sali". Ciekawy pretekst, ale żeby brzmiał wiarygodniej to jednak trzeba było wymyślić coś innego. Nowa aula na 1000 osób, ileś mniejszych nowo otwartych, plus wszystkie stare są przecież wciąż dostępne, do tego zaliczenie miałoby być ok 17-18, więc o tej porze raczej się już wykłady nie odbywają - ale nie ma dla nas sali. Ha. Ha. Haha. Jak pani G. akurat chce urlop wtedy to trzeba nam było to wprost powiedzieć, a nie pieprzyć na temat braku sali. Wysłaliśmy pani G. maila z zapytaniem, jak to możliwe, że nie ma żadnej dostępnej auli (kolega się naprawdę postarał, absolutna kultura na wysokim poziomie), na co zakład odpisał, że profesor się tym mailem bardzo zdenerwował, nawet uznał, że mu grozimy (ciekawość co my możemy mu zrobić, chyba samochód farbą oblać) i dlatego zaliczenie będzie w terminie wedle jego widzimisię. Plus poinformowano nas, żebyśmy nie liczyli na giełdę, bo kolejny master umysłu, tym razem z roku niżej, oddał indeks do podpisu z...giełdą w środku (nie wiem, czy ktoś mu to podrzucił, czy po prostu próbuje przywrócić światu niewinność i bezpieczeństwo). Więc generalnie jest całkiem zabawnie.
Na dobicie było w czwartek zaliczenie z farmy. Wedle wcześniejszych oświadczeń farma mnie pożarła. Teorię poprawiam na pewno, recepty przy mocno sprzyjających wiatrach i łagodnym sprawdzaniu może na styk zaliczę (przesadny powód do dumy to to nie jest). Poprawka za tydzień. Ech, a miał być taki spokojny rok.
Przynajmniej piątkowe Strachy i Ira poprawiły trochę stan całego tygodnia. "Piła tango" zamordowała moje gardło, lepiej niż na karaoke normalnie:P
Tytuł do treści ma się nijak. Po prostu było to ostatnie hasło, jakie wpisywałam w google przy rozwiązywaniu giełdy z etyki. Bo oczywista rzecz, że nie przeczytałam nic poza nimi, mimo wielce ambitnych planów, to się zła organizacja czasu nazywa (nie czeba tyle na fejsie siedzieć).
Farma mnie zeżre w tym tygodniu. Tak myślę. To nie jest przedmiot, z którym będziemy się lubić. A z panią od farmy zwłaszcza nie będziemy się lubić. Pani jest, lekko mówiąc, niekompetentna. Nie chcę się tu wymądrzać, bo w końcu ona jest już młodOM paniOM Magister, a ja nędzny student, ale ktoś, kto neguje wszystko, co mówią inni asystenci (wprowadzając jakieś dziwne reguły wypisywania recept, których nie używa żaden normalny lekarz) oraz ktoś, kto potrafi zaprzeczyć sobie samej w jednym zdaniu 4-krotnie nie jest dla mnie autorytetem. Przykro mi jak nie wiem co. Aż tęsknię za Czubównym i jego stoickim spokojem.
Koncerty udane. Nawet bardzo. Najwyżej coś przez nie obleję, ale w końcu ze wszystkiego mam co najmniej czy możliwe terminy, no a Juwenalia są raz w roku, nie? Trzeba mieć priorytety w życiu.
Wiedziałam, że te pedy to będzie zuo, ale że aż takie? Zaczynam chodzić na rzęsach z niewyspania - kto to słyszał, żeby mając na 8.00 wyjeżdżać o 7.30 i jeszcze się spóźnić? Ale to pewnie wynika z definicji zadupia, na którym znajduje się Klynyka Pediatrii. Seminarki to dramat - babka otwarcie mówiąca, co następuje:
"Kiedyś było 1 seminarium na cały blok, teraz macie 6, bo pan dziekan uznał, że trzeba zwiększyć liczbę teoretycznych, a tym samym zmniejszyć praktycznych. To co tutaj mówię i tak musicie przeczytać ze skryptu, więc generalnie ja będę udawać, że wszystko mówię, wy będziecie udawać, że słuchacie i w ten sposób wszyscy (tzn. państwo kierownictwo klynyki - przyp. autora) będą zadowoleni."
No motywujące. Jak cholera. Jak do tej pory oba spędziłam grając na telefonie B. w małpy i angry birds. Nie wiem co będę robić, jak już je przejdę.
Od poniedziałku zaczynamy szwendać się po oddziale i to nie z kim innym, a z Jej Szlachetną Niewysokością Bułką-Jastrząb. Podobno trzeba ćwiczyć mięśnie policzków, bo czeka nas godzina nieustannego szczerzenia się. Nie mogę się doczekać! Czeba koniecznie kupić wybielającą pastę do zębów.
Właśnie dowiedziałam się strasznej, przerażającej rzeczy. Od jutra zaczynam pomykać na pedy, które, obrazowo mówiąc, znajdują się w miejscu gdzie diabeł mówi dobranoc. W sensie w uj daleko ode mnie. Czyli muszę wstać wcześnie, a nawet bardzo wcześnie, żeby tam dojechać. I dowiedziałam się, iż żeby nie było za sympatycznie w tym nędznym życiu, to zajęcia nie zaczynają się standardowo o 8.15, ale o 8.00.... Odmawiam współpracy. I modlę się, żeby mi przypadkiem auto nie wysiadło. Bo mpk to chyba bym musiała wstać o 5.00, żeby zdążyć.
Zdałam seksy, ave cezar. Mój przerażający sen o tym, że jako jedyna dostałam 2 się na szczęście nie sprawdził. Znów mam czyste konto, w sam raz, żeby je zapełnić dwóją z przyszłoczwartkowej farmy. Bo w tydzień to ja się tego w życiu od zera nie nauczę. No noł łej po prostu.
Jakieś dziwaczne problemy ze snem się mnie czepiają. Śnią mi się jakieś bzdury, przez które się budzę w środku nocy i wpół zamulona robię dosyć nietypowe rzeczy. Na przykład dzisiaj chciałam przestawiać łóżko. Zna ktoś jakiegoś dobrego snologa? Poczebny na gwałt!
Dzisiaj tematem na tapecie jest "nasza" piosenka na ojro. 'Nasza' wzięte w cudzysłów, bo mimo że czuję się stuprocentową Polką to do tego hitu się nie przyznaję. Gadałam dzisiaj z wieloma różnymi ludźmi i każdy stwierdził coś w stylu "naprawdę nie było nic lepszego?". Przyznaję, nie znam pozostałych propozycji (mam nadzieję, że ta została wybrana przez jakiś żart albo co), dzisiaj słyszałam tą w wykonaniu Liber ft InoRos i jeśli mieliśmy wybrać polskie "waka waka" (znaczy nawiązujące do naszej kultury, ale jednocześnie z rytmem, melodią, tekstem niekoniecznie, bo i tak nikt nie wie o czym się śpiewa) to uważam, że ta jednak była lepsza. Ale w zasadzie od "koko koko euro spoko" lepsze jest chyba wszystko. Może się za parę dni okaże, że to taki psikus i będziemy wybierać jeszcze raz?
Jakoś dawno tu nie zaglądałam. Nawet nie dlatego, że nie było co ciekawego napisać, ale raczej czas nie zezwalał na takie przyjemności.
Napisałam to zaliczenie z seksów, giełda mi akurat weszła w miarę przyzwoicie, może co z tego będzie. Mam nadzieję, bo uczenie się tego po raz kolejny przekracza moje psychiczne możliwości.
Wygrałam Finlandię:D Tym razem życzę sobie mandarynkowej, żeby nie było tak monotematycznie.
Piątkowy grill u miss S. obfitował w same ciekawe wydarzenia. Zaspokoiłam swoje dziwne potrzeby i zwiedziłam kolejne mieszkanie znajomych (to taki nietypowy fetysz chyba albo co), wykształciłam w sobie nienawiść do miętowych procentów, zrzuciłam telefon ze schodów (na szczęście kochany S. poskładał go w całość i nawet działa, ufff), przeprowadziłam bardzo życiowe rozmowy (znowu, to się chyba modne u nas robi) i mnóstwo innych rzeczy, których w tej chwili nawet nie pamiętam. Na następny dzień o godzinie 8.30 rano dowiedziałam się, że mój tato przyjeżdża (statystycznie robi to raz w roku, więc zaiste perfekcyjny moment sobie wybrał na wycieczkę), więc musiałam w tempie się ogarnąć do stanu imitującego chociaż normalny. Potem byłam po zakupy w Realu i zemdliło mnie przy kasach na widok faceta obok, który kupował Finlandię...
Sobota też ciekawym dniem była. Gościłyśmy nowych kolegów z Poznania - jeden z nich przywiózł nam nowe zajęcie (tak jakbyśmy starych miały za mało - ale nic to, jak tutaj totalnie przestanie się cokolwiek pojawiać to jawny znak, że stan czasu-na-cokolwiek wynosi 0 absolutne), pochłaniające i bardzo ciekawe. I uzależniające. Ale co to dla nas, w końcu najwyższy czas zredukować ilość snu do 2h na dobę, stanowczo wystarczająca liczba. W każdym razie wyszło nam spontaniczne kino - godz. 22.00:
K: "poszedłbym na American Pie"
Ja: "weź sprawdź o której w Manu grają?"
A: "22.30"
Ja: "no to kończcie piwo i jedziemy"
Koledzy byli chyba zdumieni naszym tempem zmiany planów i elastycznością dostosowywania się do bieżących potrzeb:D Również wcześniejsze zdobycie przez nas długopisu od pani portierki z sąsiedniego budynku, ku naszemu zdziwieniu, ściągnęło im żuchwy co nieco do dołu^^
W niedzielę rano szybki ogar i jedziemy. Do Czewy! Poznałyśmy Pana Tatę miss S. - bardzo sympatyczny gość. Tego samego dnia objechałyśmy pół Jury, ubrudziłyśmy się jak nieboskie stworzenia, zrobiłyśmy 450 zdjęć, z czego w miarę normalnych było ok. 10, szukaliśmy mojej duszy i w ogóle, ten dzień sprawiał wrażenie, że się nie kończy (a, i spotkałam mojego księcia! Miał na imię Dragon i jest Pogona vitticeps:D). Wymyśliłyśmy też zacną nową imprezę na juwenalia:D Wieczorkiem "Kołysanka" - naprawdę nie kminię, czemu dobre polskie filmy mają zerową wręcz reklamę (bo o tym nigdy nie słyszałam), a promuje się do granic nieprzyzwoitości durne komedie na poziomie dna i dwóch metrów mułu.
W poniedziałek oddałyśmy się naszej nowej rozrywce - bieganiu po świecie, obmacywaniu różnych elementów architektury i nie tylko i poszukiwaniu pochowanych skrzynek. Genialna sprawa. Zjarałyśmy się przy tym na czerwono (bo jakby ktoś był totalnym nołlajfem, siedział cały czas przed kompem w domu i nie zauważył, to od 4 dni słońce próbuje nas ugotować na twardo), powypytywałyśmy ludzi o piosenki Czesia Niemena (który nawiasem mówiąc naprawdę nazywał się Czesław Wydrzycki, o czym nie wiedziałam, a teraz już wiem), poznałyśmy przypadkowo nowych ludzi z Gdańska, którzy szukali tego samego co my (^^) i razem z nimi przeszukaliśmy jasnogórską kolubrynę z góry, z dołu, z boku, ze skosa i wszystkich innych możliwych stron. Potem wracając do Łodzi ciuchcią miałam niesamowity ubaw, jakiego dostarczał mi na oko 25 letni pan, który na pewno był wypity, a być może i pod wpływem innych "polepszaczy życia". Wysiadając z pociągu prawie spadłam ze schodów, jak usłyszałam z tyłu "co się dzieje, co się dzieje, technologia nie trzeźwieje". Powtarzał hasło "coś pięknego, coś pięknego" tyle razy, że mam teraz awersję do wszystkich pięknych rzeczy.
Dzisiaj w końcu poddaję się prostemu, niewymyślnemu opieprzaniu. Czyli wstałam o 11.30, obejrzałam niedzielnego GoTa oraz "Jak zostać królem" (nie pojmuję zachwytów nad tym dziełem, film w porządku i rola Firtha genialna, ale nic ponadto, na pewno nie na tyle Oskarów). W chwili obecnej jestem tuż po obiedzie:)
Ależ się rozpisałam. Bardzo dużo tego wyszło. Na deser króciutki dialog z poprzedniego dyżuru (który mi chyba umknął z pamięci przy poprzednim wpisie, ale biorąc pod uwagę ówczesny stan przytomności nic dziwnego):
(P)an (A)nestezjolog: To z którego roku jesteście dziewczyny?
My: Z 3ego.
PA: 3 rok? To Wy powinnyście na imprezy biegać, a nie po szpitalach!
Ja: Jakoś tak się składa, że jedno drugiego nie wyklucza:)
Bleh. Bilans snu na weekend wynoszący 6 godzin to jednak trochę za mało. Mam oczy jak królik albinos albo coś równie strasznego. Teraz będę się regenerować przez tydzień, żeby za tydzień zrobić to samo.
Nie zaliczyłam seksów <hurra, fanfary i fajerwerki>, drugi termin jest opisowy <jeszcze więcej fanfarów> i ogólnie rzecz biorąc mam ochotę kogoś zabić. Na pewno się nie uczyć. Jestem patofizjologicznym betonem na jutro i mam to gdzieś, nie czytam. Syf, hiv, malaria i dyzenteria.
Jakieś oberwanie chmury przetoczyło się dzisiaj przez Łódź. Teraz już nie pada, ale w jednej chwili moja ulica zaczęła pływać (dzięki niebiosom, że nie miałam akurat interesu wyjeżdżać gdzieś, bo corsbus nie ma jeszcze statusu amfibii).
Dobrze w związku z tą cebrową ulewą, że na Spring Party postanowiłyśmy się wybrać dopiero na 20.00 na Akurat. Tym, którzy byli tam wcześniej serdecznie współczuję zostania trafionym-zatopionym w sensie dosłownym (choć jak oni się rozgrzewali czymś mocnym to i deszcz im nie straszny).
Flaszeczka się skroiła w 5 minut:) Dobrze, że są takie miejsca, w które można w zasadzie wpaść prawie bez zapowiedzi i nie zostać obdarzonym spojrzeniem pod tytułem "wypier*alaj i mnie nie wqr*iaj". Widzew rulez!
Wczoraj przeprowadziliśmy serię bardzo inteligentnych rozmów na tle szowinistyczno-feministycznym - 3 w nocy bardzo sprzyja takim tematom:D
Budzik nastawiony dziś na 9.15 (co w dzień wolny jest dla mnie i tak absurdalnie wczesną porą) był jak zbawienie, jak miód na serce, jak grzejące słońce. Długo w trybie "znowu, qrrr*a muszę wstać na 8ą" nie pociągnę. Przy czym to soczyste "rrr" jest tam wyjątkowo potrzebne, nawet rzec mogę, że niezbędne. Nie wiem tylko, dlaczego głupia idiotka nawaliłam sobie na weekend tyle, że będę spała jeszcze krócej niż na tygodniu (to chyba z dziedziny paradoksów jest, czy co). Przy czym nauka do patofizjo nie jest wliczona w to nawalenie. Hahahihi. Will be funny.
Co to za jakieś diabelskie porządki są? Przychodzą na siatkę, a tam hasło "gramy w gałę". Bardzo śmieszny dżołk, naprawdę. To ja poświęcam swój czas, który powinnam (gdyż zdrowy rozsądek tak nakazuje) przeznaczyć na randkę z panem Stachurą, żeby pocinać w siatę trochę, a tu piłka nożna? Wtf, moja dusza pyta? "Proszę zrozumieć, że panowie mają swoje potrzeby!". To niech panowie gdzie indziej te potrzeby zaspokajają. Dobrze, że to był nadzwyczaj krótki meczyk, ale i tak nie zdążyliśmy przez to tajbreka zagrać. Dys is rong!
Odżegnałam się dzisiaj od gastroenterologii. Ze wszystkich dotychczasowych to najgorsze koło z pato ze wszystkich. Nie lubię tego materiału wyjątkowo. Raczki, zapalenia, owrzodzenia, uchyłki, nieeee, nie chcemy tego. W tym tempie odrzucania specjalizacji nie zostanie mi nic na koniec, ale co tam, w końcu zawsze mogę wykorzystać pomysł mojej cioci - zostać kloszardem. Życie właściwie bez zmartwień.
(P)rowadząca: No jak myślicie, co wystarczy młodej dziewczynie, żeby zajść w ciążę?
Cisza.
(K)oleżanka <nieśmiałym tonem>: Jeden raz?
P: Krzaki! Wystarczy, że idą w krzaki i już ciąża!
To wyjaśnia, skąd u nas ujemny przyrost naturalny - było tyle lasów pod autostrady wycinać?
Anegdotka profesora (kochany wujek K.)
"Męski kumpel" (w sensie ten na dole:)): nie no, ja nie dam dzisiaj rady, mam feler w naczyniach!
Viagra: stawiam wszystkim!
Jeszcze żarcik, co prawda z wykładu, nie z zajęć, ale chyba go zapamiętam na długo:
Dwóch facetów w toalecie.
1: Ty, czemu sikasz na siedząco?
2 (wzburzony): Odkąd mnie zawiódł, ręki mu nie podam!
Takie oto cuda wynoszę z tego przedmiotu (poza podstawowym oczywiście niewyspaniem). Na szczęście już się skończył, bo wczoraj dziwne rozkminy mi przychodziły do głowy (np. osoba transseksualna o orientacji homoseksualnej będzie odczuwała pociąg do...?).
| Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So | Nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 |